Całe życie sięgałam po książki z wartką akcją, a te spokojne mnie nudziły.
A jednak ta miała w sobie coś takiego, że nie mogłam się oderwać.
Dziwne, że książka całkowicie inna, spokojna, o codzienności, samotności, spokojnej, cichej miłości zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie. Czułam się przez nią tak bardzo pochłonięta, że kiedy tylko odkładałam ją na chwilę, aby zrobić coś innego, to zaraz wracałam do niej myślami i ostatecznie znów lądowałam z książką.
Coś w historii Hae-won i Up-sopa było uspokajającego, harmonijnego. Ich relacja była spokojna, lecz silna. Bazowała na codzienności, wsparciu, cichej obecności bez krzykliwych deklaracji i ekstrawertycznych zachowań.
Czy wreszcie trafiłam na historię o dwóch introwertykach?!
Uwielbiam w tej książce to, że jest ona w gruncie rzeczy cicha i spokojna. Wycisza umysł, a liczni bohaterowie są tak autentyczni, że czułam się, jakbym po prostu wybrała się na spacer do kawiarni lub księgarni. Księgarnia Goodnight miała swój cichy, spokojny, melancholijny urok.
Ona jest po prostu autentyczna, napisana tak, jak toczy się życie. Hae-won nachodziły wątpliwości, sprzeczne uczucia, bohaterowie przeżywali rozterki zwykłych ludzi, nie milionerów z wieżowców w NYC czy bohaterek nie dość dojrzałych, żeby ocalić świat, a los ma jednak spaczone poczucie humoru.
Jest to moja druga koreańska książka i obie poruszył we mnie jakieś wewnętrzne struny. Uświadomiły również, że nigdy nie mów nigdy i zawsze trzeba mieć otwarty umysł, jeśli chodzi o nowe formy historii, które przyjdzie nam czytać.
Ta historia jest głęboko skrywanym marzeniem!
A może to po prostu wina Koreańców i tylko dopisuję sobie teorie do tego, że mam obsesję.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz