Są w naszym życiu takie historie, które rozrywają serce na kawałki, ale już nie składają go z powrotem – tym właśnie jest dla mnie seria Mai Corland “The Broken Blades”.
Od samego początku ta historia dawała mi vibe “Szóstki wron”, ale nie była tym samym, a jako, że mam słabość do grupy społecznych wyrzutków w każdej możliwej serii, tak i tę szybko pokochałam. Ale zupełnie zmieniło się moje postrzeganie jej, po tym, jak moja osobowość przeszła przemianę w zawodową fankę wszystkiego co dalekowschodnie, co zdecydowanie odczułam przy tym tomie (oraz masę innych emocji, które mnie ogarniały podczas lektury).
“[...] Wciąż masz jeszcze tyle do zrobienia. Nie pozwolę, żebyś z mojego powodu wyrzekł się tego czasu. Będę twój również w następnym życiu.”
Trzeci tom to największa mieszanka wszelkich wielkich i gęstych emocji. Od pierwszego tomu, gdzie bohaterami rządziła nieufność i kruchy sojusz, poprzez delikatne zaufanie i poczucie wzięci w drugim, po miłość i wspólną odpowiedzialność w trzecim – mówicie, co chcecie, ale ja właśnie dla takich książek żyję (i może jeszcze dla kilku słodkich słówek, wielkich pożegnań i łamiących serce obietnic).
Autorka pięknie pokazała tutaj wspólne zaufanie, które wypracowali bohaterowie. Po prostu moje serce rosło, że nawet w obliczu niespodziewanych zdrad, bohaterowie byli dla siebie niczym latarnie w ciemności.
– Jesteśmy z tobą – mówi Aeri, patrząc na mnie.
– Do samego przeklętego końca – dodaje Sora.
Nie ma takich słów, które mogłabym użyć, a jeszcze nie użyłam, żeby polecić tę historię. Jest piękna, wstrząsająca i bolesna, ale co najważniejsze pełna zwrotów akcji i niebywałych niespodzianek (nie zawsze przyjemnych dla czytelnika), więc jeśli pragniecie zatracić się na chwilę w świecie inspirowanym Dalekim Wschodem, ale z vibem dojrzalszej “Szóstki wron”, to ta seria jest specjalnie dla Was.
współpraca reklamowa z Wydawnictwem Jaguar


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz