Cóż to była za przygoda! "Bez skazy" to kwintesencja romansu, który wielbię od lat.
Nie zliczę, ile razy rozpływam się w kałużę słodkości, ale to, co urzekło mnie chyba najbardziej, to problematyka, którą porusza autorka. Uwielbiam, kiedy czytam niby to lekkie historie, ale jednocześnie losy bohaterów chwytają za serce. I tak właśnie było w tym przypadku.
Summer jest zabawną, ciekawą postacią, którą polubiłam od pierwszych stron, co nie jest takie oczywiste. Była idealna pod każdym względem, stworzona niemal z chirurgiczną precyzją — kolejny ogromny plus. Zaś Rhett, to idealny przykład mrocznego dżentelmena, dumny przedstawiciel "grumpy" i mężczyzna, który przyspiesza bicie serca. No jestem na tak.
Relacja bohaterów zaczyna się od stopy czysto zawodowej, ale od początku poprowadzona jest z dozą humoru i lekkiego (aczkolwiek niechętnego) przyciągania. Im dalej w powieść, tym wszystko zaczyna być bardziej pociągające i gorące. Kiedy przychodziło co do czego, to... *wachluję się ręką*
Nie mogłam się od niej oderwać. Z niebywałym zainteresowaniem śledziłam starty Rhetta na rodeo, słowne potyczki między Summer a nim, ale również relację z braćmi, która była bardzo krucha, ale również urocza. Podczas chwil szczerości między głównymi bohaterami miałam łzy w oczach — autentycznie.
Jestem miłośniczką tego typu historii, a zwłaszcza rozbudowanych serii, takich jak ta, gdzie w każdym tomie, gdzie możemy śledzić losy wcześniej poznanych bohaterów, ale również nie zapominamy o ulubionych parach.
współpraca reklamowa z Wydawnictwem EditioRed!
%20%E2%80%9EBez%20skazy.webp)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz