“Tysiąc odcieni błękitu” to kolejna koreańska pozycja na mojej liście w tym roku i jestem bardzo ukontentowana z lektury, a jeszcze bardziej z tego, że powoli zaczynam rozumieć i doceniać jej specyfikę.
Kiedy tylko przeczytałam, że w tej historii konie odgrywają znaczącą rolę, od razu wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Historia klaczy Today i jej dżokeja była poruszająca, lecz nie tylko o tym była książka.
Jest to też opowieść o rodzinie: dwóch siostrach, matce, żałobie, strachu, wolności i czasie. Tak, tak, o czasie – w każdej jego formie, o której doświadcza człowiek: jak pędzi, jak stoi, jak się wlecze, jak zaskakuje, jak rozczarowuje.
W powieści Cheon doceniłam najbardziej trafne spostrzeżenia i dysonanse, które pokazała. Przede wszystkim zagadnienie ludzkości i dominacji nad innymi gatunkami, ale też chwilowe piękno i uniesienie – to, co człowiek może zniszczyć i zdewastować, bo rości sobie do wszystkiego prawa, ale też jak może pomóc i obdarzyć miłością.
Czytając “Tysiąc odcieni błękitu” co chwilę miałam w głowie “to nie tylko ja tak mam”, “tak, rozumiem, to w pewien sposób pocieszające”.
Mamy również roboty, bo to w końcu sci-fi. I chociaż ten temat od czasu “Życia marionetek” jest dla mnie trochę nieswój, to i tutaj również z tym motywem nachodziły mnie różne wątpliwości (co to samych robotów, nie historii i ich roli w fabule).
Jest to dobra książka, którą warto przeczytać. Przede wszystkim autorka obraca na różne strony zagadnienie ludzkiego odbioru czasu, a nawet szczęścia i relacji między rodziną.
Jeśli lubicie historie, przy których można odetchnąć i dać sobie chwilę na ich przemyślenie, to “Tysiąc odcieni błękitu” będzie idealna. Jest zarazem lekka i poruszająca. Także polecam.
współpraca reklamowa z Wydawnictwem Wielka Litera


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz