“Wilczy król” to zdecydowanie książka należąca do guilty pleasure. Jest w niej dużo, dużo nawiązań do znanych (i lubianych) schematów i ścieżek – co może lekko odstraszyć, ale przysięgam na wszystkich bogów, że bawiłam się przednio!
Sama historia ma atmosferę szkockich lasów, klanów i mgieł nad jeziorami, tak samo jak mrocznych zamków i nieszczelnych okien. Mamy ludzi vs. wilkołaki, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że potrzebuję więcej wilków na swojej czytelniczej liście i koniecznie muszę rozpocząć moją werewolf erę.
Aurora jest dla mnie sprzeczną bohaterką, a może raczej powinnam powiedzieć, że mam do niej mieszane odczucia. Na początku totalnie byłam urzeczona jej postawą – wyzbywa się uczuć, aby nie zostać zranioną, była niczym posąg, ale jej uparty i ognisty charakter roztrzaskał dwadzieścia lat treningu, bo co? Pojawił się dorodny alfa – chociaż całkowicie to rozumiem, to nadal mam mieszane odczucia.
A propos dorodnych alf mamy dwóch kandydatów:
kandydat numer 1: Callum, ten blondyn, przeważnie green flag, uroczy, ale pewny siebie
kandydat numer 2: Blake, ten ciemnowłosy, mroczny, niebezpieczny, knujący, mający w kieszeni kilka red flagów…
Macie tylko jedną szansę na odgadnięcie, którego wybiorę i który zaraz zawładnie polskim bookstagramem.
Relacja między bohaterami była bardziej na zasadzie insta love i trochę mnie to uwierało, chociaż długo kibicowałam Callumowi. Ale jest jak jest, serca dziewczyny nie oszukasz – zwłaszcza, jeśli przez lata trenowała wzdychanie do tych mrocznych i ciemnowłosych.
Mamy trochę intryg politycznych, wojowania, niesnasek, obleśnych typów i zazdrosnych gówniar, ale wszyscy dobrze wiemy, że w tej historii wcale nie o to chodziło XD
Ja polecam, bo to była dobra, wciągająca historia, której wręcz nie mogłam odłożyć. Bawiłam się na niej cudownie, przesłałam kilkanaście głosówek i po prostu śmiałam się z zachwytu i niedowierzenia. Lekturę uważam za udaną, naprawdę!
współpraca reklamowa z Wydawnictwem Hype


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz