“Tydzień zanim umrę” to moje pierwsze spotkanie z literaturą koreańską, którą z niewiadomych powodów odkładałam na później. Intuicyjnie wiedziałam, że będzie ona inna, czy to w formie, czy to w przekazie, niż zachodnia, którą czytam na co dzień, ale to tylko wzmogło moje podekscytowanie.
Czasem w naszym życiu pojawiają się historie, które miały się tam znaleźć, ale wymagało to czasu, właściwego miejsca w czasoprzestrzeni, zrządzenia losu czy przeznaczenia – tak właśnie myślę o książce Seo Eun-chae.
Nie jest to opowieść trudna w odbiorze, jest wręcz możliwie jak najprostsza, ale od razu w oczy rzuca się głębia, emocjonalność, przekaz, które stoją za prostą formą. Jest to historia kilku osób, których los związał osobliwymi nićmi, co z jednej strony wydaje się kosmicznym zbiegiem okoliczności, ale z drugiej jest darem.
Według koreańskiej legendy, Śmierć przychodzi po nas pod postacią ukochanej osoby, którą straciliśmy.
Ja dla niej przepadłam, pochłaniałam stronę za stroną. Autorka poruszała pewną strunę we mnie, a właściwie dwie: tę, którą skrywam głęboko i czasem zapominam o jej istnieniu, i tę, która została wielką fanką wszystkiego co południowokoreańskie.
“Tydzień zanim umrę” to historia poruszająca, bolesna, zmuszająca do zatrzymania się, ale też mocna, piękna i pełna nadziei, bo przecież… “Obiecaliśmy sobie, że spotkamy się znowu, gdy będziemy mieli po sto lat.”.
współpraca reklamowa z Wydawnictwem Znak Literanova


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz