Zawsze kiedy mówię, że nie lubię YA i nie czytam już książek z tego gatunku, to trafiam na taką, która udowadnia mi, że istnieje jeszcze iskierka nadziei. A może to po prostu elfy?
Można pomyśleć, że czekałam na “Żelazną królową” od 2024 roku, ale prawda jest taka, że minęło już kilkanaście lat, od kiedy po raz pierwszy poznałam Meghan, Asha, Puka i Grima – a wreszcie mogłam poznać dalsze losy bohaterów (i mam nadzieję poznać całą resztę!).
Być może będziesz musiała nauczyć mnie trochę o świecie ludzi, ale jestem gotów się doszkolić, jeśli oznacza to bycie blisko ciebie.
Kagawa miała nie lada wyzwanie stworzyć główną bohaterkę ludzką nastolatką, śmiertelniczką, istotą z natury ułomną i średnio rozgarniętą i dwóch nieśmiertelnych, starych niczym czas, adoratorów, którzy nie będą zbyt creepy, ale też nie będą, no… ułomni jak ludzie 😂 Moim zdaniem podołała i to całkiem dobrze (chociaż sam ten motyw średnio się zestarzał, ale jak tylko będziemy o tym myśleć… więc nie myślimy).
W tym tomie mamy dużo strachu, przerażenia, ale również poświęcenia i odzierania z “uroków”. Nie będę mydlić oczu, że dostajemy nowe twarze bohaterów, bo przysięgam na wszystkich elfich bogów, czytaliście ją kilka takich samych historii, a ja sama czytałam takich dziesiątki, ale czułam się pochłonięta każdym zdaniem.
Czy to świadomość, że wreszcie dostałam szansę na kontynuowanie serii sprzed lat, a może rzeczywiście sama obecność elfów (i to tych najbardziej klasycznych) wzbudziła we mnie takie emocje? Nie wiem, ale nie mogłam się od niej oderwać i gdyby nie to, że muszę wstawać do pracy o jakiś nieludzkich godzinach, to skończenie tej książki na raz byłoby na samym szczycie mojej priorytetów.
współpraca reklamowa z Wydawnictwem Vesper


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz